Tydzień temu prezydent Karol Nawrocki ogłosił swoje pierwsze weto. Zdecydował, że nie podpisze tzw. ustawy wiatrakowej. O co chodzi z wiatrakami i dlaczego prezydent jest przeciw?
Pod koniec czerwca Sejm przyjął nowelizację tzw. ustawy wiatrakowej. Poparła ją większość posłów i posłanek koalicji rządowej i koło Razem, oraz Marek Wesoły i Ireneusz Zyska (PiS) – łącznie 231 głosów. Odrzucenia ustawy chciało 193 parlamentarzystów – zdecydowana większość Prawa i Sprawiedliwości oraz wszyscy głosujący posłowie Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Wolnych Republikanów. Przeciw opowiedział się także Michał Kołodziejczak (KO).
Celem ustawy było odblokowanie możliwości budowy wiatraków na lądzie. Prawo zmniejszało odległość od zabudowań, w której mogłyby powstawać farmy wiatrowe. Obecnie jest to dziesięciokrotność wysokości wiatraka, z możliwością zmniejszenia tej odległości do 700 metrów. Zgodnie z ustawą, którą zawetował prezydent, wiatraki miały móc powstawać w odległości 500 metrów od budynków.
Jednocześnie nie oznacza to, że wiatraki miały nagle zacząć wyrastać 500 m od każdego domu. W każdym przypadku o odległości decydowałaby rada gminy, sporządzając miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.
Poza tym na zmianach miały zyskać osoby mieszkające w pobliżu elektrowni. Inwestor miał co roku wpłacać 20 tys. zł za każdy 1 megawat mocy elektrowni na fundusz partycypacyjny, a zgromadzone środki miały być dzielone między osoby mieszkające do kilometra od elektrowni. Jeden beneficjent funduszu mógłby otrzymać do 20 tys. zł rocznie. Jeżeli po wypłacie beneficjentom maksymalnych kwot w funduszu zostałyby jeszcze jakieś środki, to miały one trafić do gminy. Wnioskodawcy podkreślali, że budżet gmin zasilą też wpływy z podatków od nieruchomości.
Zawetowana ustawa miała także uporządkować i uprościć przepisy związane z repoweringiem, czyli odnawianiem tych elektrowni, które już w Polsce działają. Wnioskodawcy podkreślali, że nowe turbiny są bardziej wydajne, więc zakłada się wzrost lub zachowanie dotychczasowej mocy, ale przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby wiatraków.
Ustawa zakładała też zamrożenie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych do końca roku na poziomie 500 zł netto za MWh. Obecnie zamrożenie cen obowiązuje do końca września.
Karol Nawrocki argumentował, że celem Polski powinno być odejście od Zielonego Ładu. Twierdzi też, że budowa wiatraków i szerzej – inwestycje w odnawialne źródła energii wcale nie doprowadzą do obniżki cen energii elektrycznej.
Dodał też, że zmniejszenie odległości, w której można budować wiatraki do 500 metrów, nie jest akceptowane społecznie:
Wiele ludzi w całej Polsce, wiele gospodarstw rolnych, domowych, wielu społeczników przeciwko tej ustawie protestowało. To rzecz oczywista i emocja oczywista, że ludzie nie chcą mieć przy swoich gospodarstwach domowych 150-metrowych wiatraków. I odejście od zasady 10H, zmniejszenie odległości do 500 metrów nie jest rzeczą akceptowalną społecznie, a ja jestem głosem Polaków. Tam, gdzie większość parlamentarna nie wsłuchuje się w głos społeczny, jak przy ustawie wiatrakowej, prezydent Polski będzie stawał zawsze po stronie społecznej. W związku z tym, drodzy państwo, ustawa wiatrakowa, która nie spotyka się z dobrym odbiorem społecznym, została zawetowana.
Inwestycje w odnawialne źródła energii długofalowo znacząco obniżyłyby ceny energii elektrycznej. Co prawda mamy w Polsce złoża węgla, ale jego wydobycie jest tak drogie, że państwo polskie musi do niego dopłacać. I to niemało.
Tylko w tym roku dotacje z budżetu państwa dla nierentownych spółek górniczych wynoszą 9 mld zł. To prawie 25 milionów dziennie. W ubiegłym roku koszt wydobycia węgla w Polsce przekroczył 800 zł za tonę, podczas gdy np. w Stanach Zjednoczonych jest to koszt ok. 160 zł. Pomijając kwestie ekologiczne, wydobycie i wykorzystanie w energetyce naszego „czarnego złota” jest więc zwyczajnie nieopłacalne.
Jak wskazuje Marcin Dusiło z Forum Energii, koszt produkcji energii elektrycznej z węgla kamiennego w 2025 r. wynosi ok. 740 zł/MWh, a z odnawialnych źródeł energii – 270-340 zł/MWh. Nawet jeśli elektrownie węglowe nie musiałyby płacić za emisje (unijny mechanizm ETS) – prąd z OZE i tak byłby tańszy.
Z najnowszego sondażu (przeprowadzonego przez More in Common Polska we współpracy z agencją Opinia24) wynika, że 64 proc. Polaków popiera rozwój lądowych farm wiatrowych, a przeciwko jest 24 proc.
Ponad 50 proc. badanych zgadza się na to, by farma wiatrowa powstała w okolicy ich miejsca zamieszkania (w tym pytaniu nie sprecyzowano odległości – 500 czy 700 m). Przeciwnych jest 31 proc. badanych. Najniższe poparcie dla wiatraków w okolicy domu jest wśród mieszkańców wsi, ale wciąż dokładnie połowa z nich jest za, a przeciwko 33 proc.
Jeżeli chodzi o mrożenie cen energii, to prezydent złożył w Sejmie własny projekt ustawy, który zawiera dokładnie ten sam zapis, co zawetowana ustawa, czyli przedłuża ochronę odbiorców energii do końca roku. Obecne zamrożenie cen obowiązuje do końca września. Prezydent liczy na sprawne procedowanie projektu w Sejmie i Senacie, aby mógł podpisać ustawę przed końcem przyszłego miesiąca.
Rząd ogłosił, że znalazł sposób na obejście prezydenckiego weta. Premier Donald Tusk zapowiedział, że nie zablokuje ono inwestycji wiatrowych. Podczas środowej Rady Gabinetowej (obrady Rady Ministrów pod przewodnictwem prezydenta) szef rządu stwierdził:
My i tak będziemy zwiększali, i to radykalnie, moc z wiatraków na lądzie. Nie dlatego, że jesteśmy fanami wiatraków, tylko to jest w tej chwili najtańsze i najszybsze w realizacji źródło prądu.
Plan rządu zakłada m.in. zmianę rozporządzenia Rady Ministrów o przedsięwzięciach o znacznym oddziaływaniu na środowisko oraz przepisów wewnętrznych Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ). Taki zabieg ma przyspieszać inwestycje w OZE i ułatwiać repowering, czyli modernizację i wymianę istniejących wiatraków na nowsze i bardziej wydajne. Ministra klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska (Polska 2050) zapowiedziała, że moc energii pozyskiwanej z wiatru ma zostać podwojona w ciągu 5 lat.